Prace laureatów Konkursu Pisarskiego MasterMind

Jest nam niezwykle miło zamieścić prace laureatów zakończonego w listopadzie Konkursu Pisarskiego MasterMind. Jesteśmy już po warsztatach, które były nagrodą w konkursie. Przyszedł czas na publikację nagrodzonych utwórów, do których zamieszczamy krótkie uzasadnienie komisji konkursowej.


sok pomidorowyMagdalena Lipniak – Młyńczak – Sok pomidorowy

Jak długo trzeba płacić za błędy młodości?

Przychodził zawsze w piątek trzynastego.

Od razu wiedziałem, kiedy wchodził do lokalu; nie, żeby był tak wielki, że wybitnie rzucał się w oczy. Nie, żeby jego kroki dudniły o posadzkę albo żeby zachowywał się w taki sposób, że trzeba by wzywać ochronę.

Właściwie, w jego wyglądzie nie było absolutnie nic nadzwyczajnego.

Mężczyzna w średnim wieku, o jasnych włosach i z elegancko przyciętą bródką. Ile mógł mieć lat? Czterdzieści? Może nieco mniej… może więcej. Nie wiem. Czasami zdawało mi się, że jesteśmy rówieśnikami, a kiedy indziej, że on jest ode mnie o wiele, wiele starszy.

Starszy o doświadczenia. Tak, to chyba właśnie dlatego przykuwał moją uwagę – z jego twarzy wyzierał cały kalejdoskop emocji. Kiedy podchodził do baru, kiedy w jego oczach odbijały się światła z przysufitowych lamp, zawsze mi się zdawało, że mam do czynienia ze starcem, a nie z facetem w kwiecie wieku.

Była jeszcze jedna rzecz, która sprawiała, że był klientem nad wyraz oryginalnym.

Przede wszystkim należy wspomnieć, że w pubie Iron Horse we wschodniej dzielnicy Manhattanu pracuję od dziesięciu lat. Zostałem zatrudniony na zastępstwo za barmana, którego problemy zdrowotne wysłały na zasłużony urlop. (Swoją drogą, pub ma tak dobrą opinię, że dostanie tutaj pracy graniczy z cudem, nawet nade mną kręcono nosem, mimo że już wtedy miałem kilkuletnie doświadczenie w zawodzie – dorabiało się za szczyla po różnych kantynach – a także dostałem nielichą rekomendację z poprzedniego miejsca pracy; cieszyłem się jak głupek, mimo że miałem zostać tylko na czas hospitalizacji dotychczasowego barmana. Szybko jednak okazało się, że potrwa to dłużej niż było zamierzone… koniec końców potrwała tak długo, że objąłem stanowisko całkowicie legalnie.)

Przed swoim odejściem Donny, mój poprzednik, opowiedział mi o jednym kliencie, który po raz pierwszy przyszedł do lokalu przed pięciu laty, dokładnie w piątek trzynastego. Od tamtego czasu odwiedzał pub z zaskakującą regularnością, zawsze zamawiając to samo.

Od chwili, gdy Donny mi o tym powiedział, upłynęło dziesięć długich lat.

Spojrzałem w stronę klienta, który powoli zmierzał w kierunku baru, otrzepując po drodze buty ze śniegu. Zima w tym roku była wyjątkowo surowa – padało nieprzerwanie całymi dniami, w mniejszych miejscowościach śnieg sięgał podobno do pasa… ale nie jestem w stanie tego zweryfikować. U nas, w Manhattanie, dzięki Bogu, służba drogowa działała bez zarzutu.

Odwróciłem wzrok, żeby nie wpatrywać się w gościa zbyt natarczywie. Zająłem się polerowaniem szklanki, którą od jakiegoś czasu trzymałem w dłoni i która ani trochę polerowania nie potrzebowała. Czekałem, aż gość zasiądzie na wysokim stołku na wprost mnie.

Krzesło wydało z siebie przeciągłe skrzypnięcie.

Odczekałem jeszcze trzy sekundy i dopiero wtedy podniosłem wzrok.

– Poproszę sok pomidorowy.

Wiedziałem doskonale, co zamówi; zamawiał zawsze to samo, niezmiennie od dziesięciu lat… a właściwie piętnastu, jeśli wierzyć Donny’emu.

Podczas jego wizyt zastanawiałem się często, o co w tym wszystkim chodzi. To jest tak – przychodzi facet do baru i zamiast alkoholu zamawia sok pomidorowy. Nie drink, którego bazą jest sok – sam sok, czysty, świeży sok z pomidorów; na Boga, mógłby go sobie kupić w sklepie, od razu w litrowym kartonie, zapłaciłby prawdopodobnie mniej niż za maleńką szklaneczkę tego napoju w najdroższym pubie po tej stronie rzeki Hudson!

Klient praktycznie nie odzywał się poza tymi trzema słowami rzucanymi zawsze po zajęciu miejsca przy barze (o „dobry wieczór” mogłem zapomnieć, co z początku mnie nieco denerwowało, ale cóż, pozory kurtuazji należy zachowywać przed księdzem w kościele, a nie przed barmanem w knajpie), dlatego cała sprawa wydawała mi się nie tylko dziwna, ale również owiana aurą tajemniczości. Raz tylko, gdy moje spojrzenie w całości przemieniło się w jeden wielki znak zapytania, gdy już tak mnie świerzbiło, że ręce same mi drżały podczas nalewania soku, on uśmiechnął się lekko i powiedział kolejne dwa słowa: „Jestem abstynentem”.

Nic więcej nie udało mi się z niego wyciągnąć.

Nie, żebym próbował. Dobry barman nie zagaduje – dobry barman słucha.

Zresztą, przywykłem już do jego cichej, trzeźwej obecności w każdy piątek trzynastego. To była… miła odmiana. Nie, żeby w Iron Horse na porządku dziennym były jakieś ekscesy z nawalonymi menelami w rolach głównych, nasz lokal cieszy się szacunkiem i pilnujemy tego, by tak zostało, wszystkim zależy na pracy – po prostu milczący mężczyzna nad szklanką soku pomidorowego zdawał się być elementem kompletnie nieharmonizującym z resztą lokalu.

Podsunąłem mu szklankę i już miałem zająć się polerowaniem kolejnych szkieł, gdy usłyszałem coś, co mnie prawie ścięło z nóg.

– Chciałby pan usłyszeć moją historię?

Rozejrzałem się ukradkiem. Wieczór był spokojny; kelnerki krzątały się między stołami, właściciel miał zjawić się dopiero za dwie godziny, bo zatrzymały go sprawy na mieście. Nic nie wskazywało na to, by miały się ziścić miejskie przesądy i by dzień stał się nagle pechowy.

Korciło mnie, by odłożyć szklankę z hukiem i zacząć podskakiwać z ekscytacji jak szczeniak, ale powstrzymały mnie przed tym wiek, reputacja i stanowisko.

Odwróciłem się i z najwyższym spokojem kiwnąłem głową.

To, co usłyszałem, pamiętam do tej pory.

Podobno barman jest jak spowiednik. Nigdy w to nie wierzyłem – aż do tamtego wieczoru.

Gość wychylił jednym długim łykiem pół szklanki soku.

– Dokładnie piętnaście lat temu, kiedy kończyłem studia, mojej siostrze urodziło się dziecko. Specjalnie zerwałem się z zajęć: zebraliśmy się ze szwagrem i kuzynami i piliśmy całe przedpołudnie – za zdrowie, za pomyślność, za nowe, cudowne życie. Siostrzeniec otrzymał imię Napoleon, wie pan, żeby był honorowy, a swoją odwagą przyćmiewał rówieśników… Szwagier był taki dumny. – Gość upił kolejny łyk. – Impreza trwała do wieczora, ale ja już nie piłem. Przespałem się trochę u nich, bo następnego dnia, w piątek trzynastego, miałem mieć zerówkę z prawa karnego. W samochód wsiadłem w nocy – nie byłem pijany, sprawdziłem, jedyną pamiątką po intensywnym dniu był lekki kac.

Spojrzał na mnie znad krawędzi szklanki.

– To był najbardziej pechowy piątek trzynastego w moim życiu.

*

Nie miał pojęcia, jak mógł się tak zasiedzieć. Narodziny narodzinami, ale na tej zerówce zależało mu jak modelce na tasiemcu. Nie po to ślęczał nad kodeksami przez ostatni miesiąc, ryjąc na blachę każdy pieprzony paragraf, żeby teraz nie zdążyć. W sesji i tak miał w cholerę egzaminów, chciał mieć z głowy chociaż ten.

Był zmęczony. Chciało mu się spać. Trochę bolała go głowa, ale poza tym było okej – w jego krwi nie został nawet gram alkoholu. Nie wsiadłby za kółko, gdyby było inaczej. Był nieco narwany, ale nie głupi – w jego rodzinie nie jeździło się po pijaku i on tę chlubną tradycję zamierzał kultywować.

Minęła północ, co zakodował, patrząc jednym okiem na zegarek podwieszony przy radiu. Ciemno było jak w grobie, ale droga, mimo obfitych opadów śniegu w ostatnich dniach grudnia, pozostawała czarna i szeroka. Jechał przez las, mógł poszarżować, byłby szybciej w swoim mieście akademickim, miałby jeszcze mnóstwo czasu na drzemkę i powtórkę materiału i może nawet obyłoby się bez kawy (w ilościach przekraczających pojemność przeciętnej cysterny).

Mimo to jechał powoli, przepisowo, rozglądając się uważnie. Nie chciał kłopotów. Obecnie jego jedynym problemem było to, czy zda sesję w pierwszym terminie – i pragnął, by tak pozostało.

Przy tej całej roztropności fakt, że coś nagle znikąd wybiegło mu na jezdnię, wpadając prosto pod koła, zdawał się nosić znamiona marnego skeczu.

Zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej i wypadł z pojazdu, czując, jak wali mu serce.

Padł na kolana przy istocie, którą potrącił.

Było ciemno.

Mimo mrozu jego nozdrza z całą mocą zaatakował metaliczny odór krwi.

Pod nogami czuł coś lepkiego i oślizgłego.

Pomacał dłonią, ale ją cofnął, bo zagłębiła się w coś miękkiego.

Czuł, że zaraz zwymiotuje.

Nie wiedział właściwie, kim jest nieszczęśnik, którego głowa trafiła pod przednie koło jego samochodu.

Może jakieś spore zwierzę.

A może właśnie zamordował dziecko.

Nie dał oczom przyzwyczaić się do ciemności. Wstał i na galaretowatych nogach podszedł do samochodu. Wsiadł, odjechał i nie zapomniał.

Każdego dnia bał się, że do jego drzwi zapukają funkcjonariusze, ale to nie nastąpiło.

Od tamtego czasu nie pił.

A egzamin zdał na piątkę.

*

Gdy skończył, w jego szklance ciągle było nieco soku. Nie dopił go – odsunął naczynie i położył na barze banknot stumarkowy.

Patrzyłem to na niego, to na banknot i jedynie marszczyłem brwi, niezdolny do powiedzenia słowa, otumaniony historią, którą dane mi było usłyszeć. Wreszcie uniosłem głowę i zadałem jedyne pytanie, które udało mi się wyodrębnić w kłębowisku myśli:

– Ale… dlaczego dopiero teraz?

Klient wyjął z kieszeni złożoną na czworo kartkę. Delikatna jak pajęczyna faktura sprawiała wrażenie, jakby papier miał się zaraz rozsypać, zaś wyblakłe, przetarte rogi nie pozostawiały złudzeń, że właściciel nosił ten zwitek ze sobą przez bardzo, bardzo długi czas.

Zachęcony spojrzeniem gościa, rozwinąłem kartkę.

Art. 101. Przedawnienie karalności.

  • 1. Karalność przestępstwa ustaje, jeżeli od czasu jego popełnienia upłynęło lat:

Spojrzałem w dół, na zaznaczony kółkiem punkt siedemnasty.

17) Piętnaście – gdy czyn stanowi występek nieumyślnego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym.

Złożyłem arkusz i odłożyłem go na półkę, po czym bez słowa wróciłem do polerowania szklanek.

Nie odwróciłem się, by pożegnać gościa, który w czasie mojej lektury zdążył wstać, naciągnąć płaszcz i udać się w stronę wyjścia.

Nie powiedziałem mu „do widzenia”, bo wiedziałem, że więcej się nie zobaczymy.

Postąpił źle… ale pokutował przez piętnaście lat. To mogła być sarna. To mógł być dzik. Nigdy się nie dowiedział.

Teraz, w końcu – był wolny.

Nie miałem pojęcia, co zamierza zrobić. Wiedziałem jedno – prawdopodobnie już nigdy nie tknie soku pomidorowego.

 

Uwagę komisji zwróciła umiejętność płynnego prowadzenia fabuły oraz ujęcia przedstawionych zdarzeń w sposób stopniujący napięcie. Atutem tekstu jest także ciekawa narracja i konstrukcja utworu oraz dążenie autora do skłonienia czytelnika do refleksji.


parkKinga Grablis – Park

Brr! Zimowa ciemna noc była jeszcze bardziej nieprzyjemna, gdy towarzyszył jej przejmujący wiatr i dotkliwy mróz. Karolina  żałowała, że tak zasiedziała się u Olafa i jego przyjaciół.

Szybko zbiegła ze schodów domu, w którym mieszkali. Otuliła się mocniej grubym szalem i nasunęła na oczy wełnianą czapkę z dużym pomponem. Może gdyby wyszła wcześniej, złapałaby jakiś ostatni autobus bądź tramwaj. Czas spędzony w dobrym towarzystwie upłynął jednak tak cudownie szybko, że nawet nie spostrzegła jak minęła północ. Młodość ma swoje prawa i trzeba z nich korzystać na maksa!- dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. Delikatnie zatrzasnęła za sobą drzwi bramy i znalazła się na chodniku.

– Jak szybko dostać się do domu?- pomyślała. Ulica świeciła pustkami. Gdzieniegdzie przemykały bezdomne koty. Z oddali słychać było szczekanie psów. Stała sama, oświetlona jedynie blaskiem styczniowego księżyca. Mogła wezwać taksówkę, ale studenckie fundusze, jakimi dysponowała, bardzo ograniczały jej możliwości. Został tylko samotny spacer  opustoszałymi ulicami.

 – A gdyby tak skrócić sobie drogę i pójść przez park?- pomyślała znowu. Byłoby dwa razy krócej i szybciej znalazłaby się w akademiku. Perspektywa gorącej kąpieli i filiżanki rozgrzewającej herbaty z imbirem były kuszące. Karolina rozejrzała się wokół. Nigdzie żywego ducha. Była sama.  Wiedziała, że to nierozsądnie z jej strony pchać się na skróty nocą przez opustoszały park. Tyle jednak razy wracała od przyjaciół wieczorem pustymi alejkami miejskiego zieleńca, że zdążyła przyzwyczaić się do tego dreszczyku emocji, jaki towarzyszył nocnym powrotom. Słyszała, co prawda, różne historie o ofiarach samotnych wypraw nieciekawymi zakątkami dużych miast, ale była święcie przekonana, że jej to nie spotka. Narobiłaby krzyku i tym spłoszyła przeciwnika. Po drugie była młoda i zwinna, więc uciekłaby na pewno potencjalnemu napastnikowi. Chwilę jeszcze zastanawiała się, zbliżając powoli do parkowych alejek. Wahała się, ale chęć znalezienia się szybciej w domu była ogromna. Przyspieszyła i nucąc pod nosem ulubioną melodię weszła do ogrodu botanicznego.

 – Jak tu ponuro – stwierdziła cichutko.- Latem jest tutaj tak pięknie! Prześliczne kwiaty kłują wzrok różnymi barwami i oszałamiają zapachami. Rzadko spotykane krzewy bawią oczy dziwnym kształtami. W wiosenne i letnie popołudnia lubiła położyć się wśród tej zieleni,  słuchając jedynie szumu drzew. Spotykała tu wtedy liczne grupy znajomych, bo studenci kochali tu odpoczywać. Roślinne otoczenie dawało jej poczucie bezpieczeństwa i ogromne pokłady dobrej energii. Teraz Karolina poczuła jedynie smutek  i dziwny niepokój. Światło księżyca migało między drzewami, rzucając trudne do rozszyfrowania cenie. Gęstniejący mrok dodawał tajemniczości opustoszałym alejkom. Dziewczyna zaczęła żałować, że wybrała tę drogę.

W pewnym momencie usłyszała za sobą jakieś odgłosy. Odwróciła się i zobaczyła w oddali szybko zbliżającą się sylwetkę. Zamarła na chwilę. Przyspieszyła kroku. – Po co mi to było? – pomyślała. Prawie biegła. Kimkolwiek był ten osobnik i jakie miał zamiary, Karolina wolała nie spotkać się z nim oko w oko. Bała się. Serce waliło jej jak oszalałe. Obiecała sobie, że ostatni raz wybrała ten skrót, wracając nocą od Olafa. – Szybciej! Szybciej! Wyjść już z tego cholernego parku! – warczała do siebie. Na plecach czuła spojrzenie nieznajomego. Wiedziała, że jest tuż – tuż za nią. Nagle, jakieś pięćdziesiąt metrów przed nią, zauważyła wychodzącą z sąsiedniej alejki zgarbioną postać w długim płaszczu. Najprawdopodobniej był to staruszek podpierający się laską. Szedł powoli, spokojnie, jakby nigdzie się nie spiesząc. Karolina podbiegła wystraszona do niego. Z bliska przypominał sympatycznego dziadka jej przyjaciółki z pokoju.

– Dobry wieczór! – zagadnęła starszego pana. – Ależ przymroziło! – dodała. Była szczęśliwa, że  spotkała go właśnie teraz. Czuła, że razem z nim bezpiecznie wyjdzie z parku.

Stary człowiek uśmiechnął się lekko.

–  No cóż, mamy środek zimy. Czego się spodziewać,  panienko? Upałów? Chyba jeszcze nie. – odpowiedział cichym chropowatym głosem.

Karolina zauważyła, że osobnik zza pleców nagle zawrócił i odszedł szybko w przeciwnym kierunku. Odetchnęła z ulgą. Szli wolno alejką w kierunku ulicy. Staruszek ciężko oddychał    i co jakiś czas przystawał. Cicho mruczał coś do siebie.

– A panienka, tak sama? Kawaler żaden nie odprowadził? To chyba nie pora na samotne spacerki po parku, co? – zapytał.

Dziewczyna uśmiechnęła się.

– No, jakoś żaden się nie kwapił. Wolą chyba siedzieć w ciepłym domu. Albo boją się ciemności i nocnych wędrówek po mieście. – Karolina zdobyła się na swobodniejszy ton rozmowy z mężczyzną. – A pan? Też wybrał się  na spacerek  po północy? Dokąd to o tak późnej porze? Nie boi się pan?

Starszy pan udał, że nie słyszy ostatniego pytania i lekko zamyślony powiedział:

– A ja to lubię tak nocą pochodzić po mieście. Tyle ciekawych rzeczy może nas wtedy spotkać. – uśmiechnął się tajemniczo. – Pod osłoną nocy wszystkie koty są czarne zachichotał dziwnie.

Karolina uśmiechnęła się również, dziękując dobremu losowi za współtowarzysza nocnej „eskapady” .

Wychodzili już z parku, gdy mężczyzna zatrzymał się i sięgnął do kieszeni długiego płaszcza. Wyciągnął z niej jakiś przedmiot, ale wypadł mu z ręki.

– Oj, chciałem panience coś ofiarować, ale wypadło. Niezdara ze mnie. – powiedział zakłopotany. – Ale, o tu leży. – wskazał palcem miejsce koło swoich stóp.

– Zaraz poszukam.- odpowiedziała radośnie Karolina. Cieszyła się, że udało jej się mimo wszystko spokojnie dotrzeć do domu. Widziała już ulicę prowadzącą do akademika i zapalone światła w niektórych pokojach. Schyliła się, by poszukać rzeczy zgubionej przez starszego pana. Niczego jednak nie mogła znaleźć. Zauważyła jedynie kątem oka dziwny gest kościstej dłoni starca. Poczuła silny ruch powietrza od zamachu ręką. Dopiero teraz zerknęła na przedmiot przypominający kształtem laskę. Uzmysłowiła sobie, że to, czym podpierał się dziadek było trzonkiem siekiery, której ostrze za chwilę miało wbić się w jej ciało.

 

Tekst napisany przez nastoletnią autorkę charakteryzuje się przemyślaną kompozycją oraz sięgnięciem po narzędzia umożliwiające prowadzenie emocjonalnej gry z czytelnikiem.  Ciekawa historia, utrzymana w konwencji grozy, świadome posługiwanie się przez autorkę mechanizmami budującymi napięcie to najistotniejsze atuty tekstu.


lauraMarcelina Średniawska – Mam na imię Laura

– Laura, do domu! – krzyk kobiety wpada przez otwarte okno do mojej sypialni. Jest sierpień, środek parnego wieczoru, słońce już zaszło, lekki półmrok zdążył już ogarnąć okolice. Duszność sprawia, że ciuchy kleją się do ciała, a płuca są wypełnione gorącym piaskiem.

– Jeszcze chwila, mamo! – odkrzykuje dziewczynka, chcąc wymusić jeszcze parę minut beztroskiej zabawy z przyjaciółmi z podwórka.

Laura ma około pięciu lat, mysie włosy zaplecione w dwa warkoczyki i szczerbaty uśmiech. Zawsze mówi mi „dzień dobry”, gdy idę do sklepu. Ma też psa, zwykłego kundelka jakich jest milion w schroniskach i na ulicach. Siwiutki pysk, bielmo na jednym oku, kieł wystający spod krzywego pyska. Dziewczynka mówi, że to pozostałość po walkach psów, wszyscy jednak wiedzą, że pijany menel kiedyś potrącił go rowerem. Nazywam go Nadwornym Monitoringiem. Pies jest wszędzie, patroluje całe osiedle, by zawarczeć na chuliganów, czy pomachać wykręconym ogonkiem na widok kogoś znajomego, kto nigdy nie kopnął go w tyłek za pałętanie się pod nogami.

– Natychmiast! – zniecierpliwiona matka wyszła na ganek, w dłoni trzyma papierosa, a wielkimi okularami przeciwsłonecznymi zasłania siniaka pod okiem. Podobno uderzyła się o szafkę w kuchni. Szafka ma na imię Leszek i od paru lat jest konkubentem matki. Chodzi po osiedlu, zbierając puszki i sprzedając je na złomowisku, pieniądze przeznacza na tani alkohol. Cuchnie od niego siarką.

– Laura, bo jak cię..! – niewypowiedziana groźba zawisła w powietrzu, słuchać tupot nóg dziewczynki.

– No już idę, idę – jej naburmuszony głos przywodzi na myśl czasy, kiedy sami mieliśmy tylko parę lat i obrażaliśmy się na kolegów, którzy nie mogli wyjść z domu z powodu niewłaściwego zachowania.

Od tego czasu, kiedy okrzyk matki wołającej dziecko rozlegał się wieczorami po parnych podwórzach starych, przedwojennych kamienic, minęło dwanaście lat. Laura już nie jest dzieckiem, tylko zbuntowaną nastolatką, plującą na chodniki, upijającą się i piszącą wulgarne słowa na ścianach klatki schodowej. Już dawno przestała mnie pozdrawiać radosnym, dźwięcznym głosem. Przestała w ogóle się odzywać do obcych, oprócz cichych wyzwisk ledwo słyszalnych za plecami.

Ostatnio szłam do sklepu, a ona siedziała na schodkach. W dłoni miała papierosa, w drugiej butelkę wódki. Podkrążone oczy, potargane blond włosy z czarnymi odrostami, kolczyk w wardze. Za małe ciuchy odsłaniające wypukły brzuch – dziewczynka, która parę lat temu była dzieckiem, niedługo sama zostanie matką. Klękam koło niej na jednym kolanie, patrząc jej prosto w oczy. Źrenice ma jak szpilki.

– Wiesz, że w ciąży nie powinno się pić alkoholu, nie? – zwracam jej grzecznie uwagę cichym głosem. Widzę jak przypatruje się nam starsza sprzedawczyni osiedlowego sklepiku. Fioletowawe włosy ma zakręcone w misterne loczki wokół nalanej, czerwonej twarzy poznaczonej bruzdami. Nazywam ją osiedlową znachorką, zawsze próbuje leczyć innych masażem głowy i wahadełkiem. Jest całkiem sympatyczna, ale dosyć wścibska. Wie wszystko o wszystkich.

– Spierdalaj – warczy dziewczyna w odpowiedz. – To nie twój bachor, mogę robić, co mi się żywnie podoba.

– Potrzebujesz pomocy? – Nie zwracam uwagi na jej odpowiedź, sama kiedyś byłam nastolatką, wiem jak to jest. Chcesz, by wszyscy zniknęli, bo doskonale poradzisz sobie z tym wszystkim sama.

– Nic od ciebie nie chcę – Laura spluwa na ziemię i zaciąga się papierosem.

– Wiem, ze jesteś w trudnej sytuacji, ale są ośrodki dla samotnych matek, w których będą w stanie ci pomóc.

– Mówiłam, że masz się odpierdolić?! Zaraz zawołam Leszka, gruba lesbo.

Wstaję z kolan i mierzę dziewczynę wzrokiem. Ze sklepu wychodzi jak zwykle podchmielony Leszek, partner matki Laury. Siada koło niej, otaczając ją ramieniem i zaciskając dłoń na jej piersi. Unosi się od niego kwaśny odór alkoholu. W ręku trzyma wino marki wino.

– Masz jakiś problem, brudasie? – zwraca się do mnie. Widzę ubytki w jego czarnych, przepalonych zębach.

– Już wam nie przeszkadzam – mruczę do nich i wchodzę do sklepu. Pani Wanda kręci z politowaniem głową, patrząc na parkę na schodach.

– Biedna dziewczyna, poszła w ślady rodziców. Ona nawet szesnastu lat nie ma – szepcze do mnie, jakbyśmy były pod ostrzałem mikrofonów. – Ale nic nie zrobisz. Takie rzeczy wciąż się dzieją. Anka, matka tej młodej, podobno już dawno się wyprowadziła.

Doskonale pamiętam tę sytuację. Matka dziewczyny, dowiedziawszy się, że Laura zaszła w ciążę z jej partnerem, zrobiła karczemną awanturę, a potem odeszła z hukiem. Podobno ma nowego „Leszka”, trochę bogatszego niż poprzedni.

– Pani Wando, a gdyby tak zawiadomić policję? Można jeszcze ją uratować.
– A co może policja? Nic nie zrobi. Babcia dziewczynki próbowała już interweniować. Tak to się czasami dzieje.

Wzdycham i proszę o paczkę papierosów. Płacę i, wychodząc ze sklepu, odpalam jednego, głęboko się zaciągając. Nadchodzi jesień, robi się coraz chłodniej. Laura i Leszek wciąż siedzą pod sklepem, kończąc trunek.

– Ty – woła mnie dziewczyna. Odwracam się w jej stronę. – Potrzebuję pomocy.

– Tak? – W sercu odzywa się moja wada Chrystusa ludzkości.

– Możesz mi kopsnąć fajkę?

– Nie – odpowiadam twardo i odchodzę, kierując się do domu.

– Ażebyś zdechła, głupia suko – drze się za mną mężczyzna.

Laura obojętnie wpatruje się w chodnik.

 

Czytelny, zrozumiały przekaz oraz temat poruszający skrajne emocje zainteresowały komisję konkursową. Młoda autorka, przywołując w utworze problem rodzinnej patologii, wykazała się zmysłem obserwacji oraz wrażliwością na niedolę bliźniego. Umiejętność dostrzegania problemów i przedstawiania ich na gruncie literatury są atutem adepta pisarstwa.


tramwajKatarzyna Krępeć – Tramwaj

Stawiała niepewnie kroki, stąpając delikatnie, bezszelestnie. Dopiero, gdy mama pociągnęła ją w górę po stopniach, mała dziewczynka stanęła pewniej na nogach. Drzwi za nią zatrzasnęły się tak gwałtownie, że przestraszona Anita aż podskoczyła. Jej matka w odpowiedzi uśmiechnęła się wyrozumiale, po czym poprowadziła ją do pustego siedzenia przy oknie.

— To twoje miejsce, kochanie — powiedziała kobieta, głaszcząc dziewczynkę po głowie. Usiadła za nią, ujmując w dłonie jej ciemnoblond włosy i sprawnie wplotła w nie kolorowe gumki, aby się nie plątały. W międzyczasie mówiła: — Ono zawsze będzie na ciebie czekało, jeśli świat zewnętrzny cię przerazi albo zmęczy.

— A czy ty tu będziesz, mamusiu? — zapytała dziewczynka.

— Nie zawsze będę mogła być obok ciebie, kochanie — rzekła jej mama, przeczesując palcami włosy córki. — Ale postaram się być tu tak często jak mogę.

— Dlaczego?

— Bo takie jest życie, skarbie.

Anita zamilkła na chwilę, wyraźnie niezadowolona z tej odpowiedzi. Rozejrzała się dookoła. Tramwaj był krystalicznie biały, z wyraźnie zaznaczonymi oknami oraz drzwiami. Oprócz ich dwójki nikogo nie widziała, ani motorniczego, ani żadnej innej żywej duszy.

— Czemu nikogo tu nie ma, mamusiu? — spytała zaintrygowana dziewczynka.
— Bo to twój osobisty tramwaj, kochanie — odparła jej mama. — Możesz tu robić, co zechcesz. A teraz spójrz tutaj.

Córka pokiwała głową i posłusznie skierowała wzrok na wskazywany przez mamę krajobraz za oknem. Zobaczyła parującą wodę oraz unoszącą się nad nią mgłę, a gdy spojrzała na przednie szyby dostrzegła również, że zmierzają ku świetlistej plamce, która z każdą chwilą stawała się coraz większa. Wyglądało na to, że dzieli je zaledwie kilkadziesiąt metrów od zderzenia z tą jasnością. Obie przyglądały się w ciszy, jak powoli zbliżają się do światła. Jednak poza tym monotonnym ruchem, nic się nie działo, więc po jakimś czasie Anita zaczęła wiercić się zniecierpliwiona na siedzeniu. Tymczasem jej mama stawała się coraz bardziej zdenerwowana.

Gdy zostało już parę metrów do światła, dziewczynka poczuła, jak kobieta klepie ją po głowie i wstaje z siedzenia. Tramwaj natomiast zaczął delikatnie zwalniać.

— Mamo, co się stało? Gdzie idziesz? — spytała niepewnie córka.

— To nie ja wychodzę, tylko ty. — Matka uśmiechnęła się do niej. — Nie martw się, będę cię odwiedzać. Teraz muszę wysiąść. Ale obiecuję, że wrócę.

Anita była tak pochłonięta rozmową z mamą, że dopiero po chwili zorientowała się, iż tramwaj stoi w miejscu. W tym samym momencie drzwi rozsunęły się bezszelestnie.

— Pilnuj swojego miejsca, tutaj nigdy nic ci się nie stanie — usłyszała, zanim jej matka wyszła, znikając we mgle.

Dziewczynka zerwała się z miejsca, rzucając się do wyjścia, ale zatrzasnęło się ono równie niespodziewanie, co otworzyło. Zanim zdążyła coś zrobić, tramwaj gwałtownie przyspieszył i wjechał w przejaskrawiony tunel bieli. Anita nie zdążywszy się niczego złapać, przewróciła się do tyłu i upadła niezdarnie na podłogę. Zaczęła płakać, przyciskając maleńkie dłonie do oczu, aż w końcu jasność przeminęła i na jej miejscu pojawiła się ciemność.

Gdy Anita się ocknęła, znów siedziała na swoim miejscu. Nagle odwróciła się, czując czyjąś obecność. I nie pomyliła się – za nią przysypiała mama oparta o szybę.

— Mamo, mamo! — Dziewczynka zerwała się na nogi i zaczęła potrząsać kobietą. — Wróciłaś!
— Przecież mówiłam, że wrócę — zaśmiała się kobieta, przecierając zmęczone oczy.

Wyciągnęła zza pazuchy duże pudełko. Było pełne mazaków, kredek, farb
i innych kolorowych materiałów. — Pomyślałam, że chciałabyś udekorować swój tramwaj.

— Mogę? — Dziewczynka rozpromieniła się.

— Oczywiście. To ty jesteś tutaj szefem, skarbie.

Anita od razu wzięła się do roboty. Wspólnie z mamą, upaćkane farbą, malowały białe wnętrze pojazdu.

— Następnym razem możesz sama wszystko przemalować. Wystarczy tylko, że zajrzysz do kabiny maszynisty, tam zostawię materiały dla ciebie — rzekła
z uśmiechem kobieta.

— Ale ja wolę malować z tobą, mamusiu! — powiedziała Anita, rozmazując różową kredę po szybie.

— Niedługo twój tramwaj będzie robił wiele przystanków, więc nie będziesz miała czasu na malowanie ze mną. Korzystaj z tych chwil na zewnątrz jak najczęściej, ale pamiętaj, że zawsze możesz tu wrócić, gdy coś cię przestraszy albo zasmuci.

— Dobrze, mamo.

Dni mijały o wiele szybciej niż mogłoby się wydawać. Anita zauważyła, że im dłużej była w tramwaju, tym coraz rzadziej pojawiała się w nim mama. Nie martwiła się tym, gdyż większość czasu bez matki spędzała na śnie. Zawsze wtedy tramwaj, jakby wyczuwając nastrój dziewczynki, gasił automatycznie światła, pozwalając w ten sposób Anicie odpłynąć w krainę snów i doczekać przybycia mamy.
Jednakże któregoś dnia tramwaj zatrzymał się, a zamiast wchodzącej do środka matki, dziewczynka ujrzała otwarte, puste wejście. Anita wyjrzała przez okno i zobaczyła mały plac zabaw, a na nim bawiące się dzieci, podobne do niej. Szybko skryła się na swoim siedzeniu. To, co widziała, było dziwne i takie dynamiczne; zupełnie nowe i większe od jej tramwaju, do którego tak się przyzwyczaiła. Spróbowała zdobyć się na odwagę i ponownie wyjrzeć przez okno, ale gdy tylko napotkała wzrok innego dziecka, błyskawicznie schowała się znów do środka. W końcu drzwi się zamknęły i pojechała dalej.

Następnego dnia mama wpadła z wizytą i skarciła Anitę za jej zachowanie.

— Kochanie, musisz wychodzić.

— Nie chcę. Albo ty chodź ze mną.

— Nie mogę — westchnęła kobieta. — Świat na zewnątrz nie jest taki straszny, jak ci się wydaje. Dużo się tam dzieje, spójrz! Kobieta pociągnęła córkę do okna, ale ta wyrwała jej się z płaczem. Matka zrezygnowana opuściła ręce, gdy Anita usadziła się w przeciwnym końcu tramwaju.

— Masz wyjść następnym razem, jasne? — powiedziała zniecierpliwiona matka, po czym wysiadła z tramwaju.

Na kolejne przystanki dziewczynka nie musiała długo czekać. Anita uzbrojona w puszystego misia, na drżących nogach stanęła w otwartych drzwiach. Widziała przed sobą salę pełną dzieci. Wykonała krok do przodu i przewróciła się. Usłyszała w oddali śmiech. Szybko wstała i wskoczyła z powrotem do tramwaju. Wyjdę jutro — pomyślała dziewczynka, przytulając się do pluszowego misia. Tymczasem minęło parę dni, a Anita nadal nie wykonała więcej niż kilka kroków na zewnątrz. Czuła, że tramwaj nie odjedzie bez jej zgody, ale mimo to wracała do niego najszybciej jak mogła. Miała wrażenie, że dzieci na zewnątrz się z niej śmieją, że jest taka niezdarna i że tak szybko wraca z podwórka.

Któregoś dnia mama, która zwykle się z nią bawiła, wybuchła.

— Co jest z tobą nie tak?! — krzyczała na Anitę. Chwyciła ją za rękę i znów usiłowała na siłę wyciągnąć z tramwaju. — Inne dzieci chętnie wychodzą, oczywiście tylko z tobą jest jakiś problem!

Dziewczynka była już wyższa i silniejsza, więc z łatwością wyrwała się zmęczonej matce i z buntowniczą miną usiadła na swoim siedzeniu.

— Nie chcę już wychodzić — burknęła, spoglądając na bawiące się dzieci. Kopnęła pudełko zabawek, które leżało nieopodal. Jego zawartość rozsypała się po podłodze.

— Ale w ten sposób nie dowiesz się niczego o zewnętrznym świecie.

— Jak to nie? — odrzekła Anita zirytowanym tonem. — Przecież wszystko widzę doskonale. Tamte dzieci są złośliwe. Tutaj jestem bezpieczna, sama to powtarzałaś, pamiętasz?

Przez chwilę dziewczynka z matką mierzyły się wzrokiem, aż w końcu starsza kobieta opuściła ręce i zaczęła zbierać zabawki, po czym rzekła: „Nie rób tu w takim razie bałaganu” i wyszła. Anita wiele razy zerkała przez okno. Wyposażona w szkicownik, gryzmoliła i usiłowała odtworzyć widzianą scenerię. Parę razy korciło ją, aby znów spróbować wyjść, ale obserwując dzieci z daleka, widziała jak się zachowują. Były głośne, często niesprawiedliwe dla innych… Dziewczynka powtarzała sobie, że nie potrzebuje takich „przyjaciół”, więc nie wyściubiała nosa ze swojego tramwaju. Przez otwarte drzwi czuła chłód panujący na zewnątrz, słyszała rozmowy, śmiechy oraz płacz… Przecież nie musiała być z nimi, aby ich poznać, prawda?

Dzieci rosły razem z Anitą. Wygląd tramwaju również uległ zmianie. Stare, kolorowe rysunki odpadały ze ścian, zastąpione przez szkice wykonane pieczołowicie ołówkiem, zaś drzwi przy otwieraniu i zamykaniu zaczęły zgrzytać. Dziewczyna wpatrywała się w swoje odbicie, widząc cichą, spokojną osobę o dość poważnym jak na swój wiek wyglądzie. Splątane ciemnoblond włosy związane szarą gumką, dopełniały ten wizerunek doskonale.

— Twoja młodość nigdy nie wróci, jeśli ją zmarnujesz — tak zwykła mawiać jej matka, ale Anicie było to obojętne. Pamiętała swoje krótkie epizody na zewnątrz
i wiedziała, że to po prostu nie jest miejsce dla niej. Tu była bezpieczna.

A jednak pewnego dnia, coś w niej pękło, gdy patrzyła na zmieniający się krajobraz i na dorastające dzieci, które stawały się nastolatkami. Zauważyła, że ludzie na zewnątrz idą głębiej w mgłę, opuszczając plac zabaw i zmierzając w kierunku nieznanego. Ich zardzewiałe pojazdy pozostały w tyle, daleko za nimi. Były nieruchome, można wręcz powiedzieć martwe. Wkrótce Anita zrozumiała, że i jej tramwaj nie pojedzie ani kilometra dalej. Dziewczyna stanęła w drzwiach ze szkicownikiem pod pachą. Widziała już tylko paru ostatnich oddalających się ludzi. Wszyscy szli dalej. Wszyscy oprócz niej.

— Czy naprawdę tak chcę spędzić cały ten czas, który pozostał i który minie bezpowrotnie? — spytała samą siebie, patrząc ze strachem na stopnie w dół.

Pokręciła głową i wycofała się do środka. Nagle wzięła rozbieg i wyskoczyła przez drzwi, a wiatr rozwiał jej włosy, uwalniając je ze splotów gumek. Bała się i właśnie dlatego ruszyła z rozpędu; w jej przypadku, tylko w biegu zdoła nadrobić to, co straciła przez swoją bierność. Tym razem nie zamierzała się tak łatwo poddać, napełniając swoje serce nadzieją, a nie irracjonalnym strachem. I wierzyła, że jej się uda. A jeśli nie, to jej tramwaj nigdzie nie odjedzie, prawda?

 

Wartością, która zwróciła uwagę komisji konkursowej, wyżej przytoczonego tekstu, jest zastosowanie przez autorkę metafory w utworze epickim. Poszukiwanie odpowiednich środków wyrazu dla danego tematu świadczy o dużej świadomości twórcy, a także o umiejętności nieszablonowego patrzenia na świat.


plotkiJakub Brzeszczak – Plotki

Adam po roku rzucił studia. Handlował narkotykami, roznosił ulotki. Przeprowadził się z rodzicami na wieś, gdzie mieszkał na totalnym odludziu. W końcu wrócił do miasta i zaczął pracować jako barman.

Karolina wyjechała studiować filologię chińską do Londynu. Z Chin wróciła transportem medycznym, operowali jej coś tam w polskim szpitalu. Po miesiącu znalazła niezłą pracę w Warszawie.

Mikołaj dostał dobrze płatną robotę. Rzucił ją, wrócił do rodziców i powiedział, że będzie rozwijać swoją karierę muzyka rockowego.

Tomasz studiował administrację, a że planował w przyszłości zostać bogatym człowiekiem, rozpoczął drugi kierunek – prawo. Szło mu całkiem nieźle.

Krystyna miała chłopaka w Rumunii. Jeździła do niego, mniej więcej, raz na dwa tygodnie.

Alicja wyjechała do chrześcijańskiego hostelu, gdzie śpi, je i pracuje za darmo.

Anastazja wyszła za starszego o 25 lat prezentera z telewizji i urodziła mu dziecko.

Artur nigdzie nie mógł znaleźć dziewczyny. Jego poszukiwania doprowadziły go do zapisania się na Ochronę Środowiska. Plany matrymonialne zepsuł dziekan, który bez średniej 4,5 nie puścił go na drugi kierunek. Złe oceny czasem naprawdę dają w kość.

Aleksandra lubiła Japonię, mangę i lubiła rysować. Miała pierwsze zlecenia. Ale rodzice kazali jej iść na studia. I tak skończyła się kariera artystyczna.

Arek pracował jako barman. Nikt nie wiedział, że jest gejem.

Zuza kolejno: rzuciła budownictwo (nie interesowało ją), pracowała w galerii handlowej, jako kelnerka, poszła do korpo i zarabia całkiem nieźle. Kiedy odchodziła ze studiów, jej matka płakała.

Romualda studiowała inżynierię. Miała kilka warunków i powtarzała rok. Tak się stresowała studiami, że dostała wrzodów na żołądku.

Kaśka była łowcą głów. Poszukiwała w Polsce informatyków i rekrutowała ich do pracy w Szwajcarii.

Anita nieźle zarabiała, ale ciągle mieszkała w wynajmowanym wraz z Heleną pokoju. Helena, pracując w fastfoodzie, zarabiała marnie. Obydwie były praktykującymi chrześcijankami.

Kiedy Doroty nie było, wszyscy ją obgadywali. Kiedy przychodziła, chciała wszystkich obgadywać.

Larisa przyjechała z Mołdawii studiować w Polsce. Miała bogatych rodziców. Żyła tutaj bez ubezpieczenia zdrowotnego.

Tata Zuzi rozwiódł się z żoną i wyjechał do Anglii. Obiecał, że będzie odwiedzał córkę raz w miesiącu. Nie odwiedzał jej raz w miesiącu.

Beata podrywała Marka. Po trzech latach Marek zajrzał na jej profil facebookowy. Były tam zdjęcia ze ślubu Beaty. Marek się wystraszył.

Każdy z nich musiał odpowiedzieć sobie na pytanie: po co to wszystko?

 

Oryginalna forma, korespondująca z tytułem, jest jednym z czynników, który zainteresował komisję. Ujęcie tematu w sposób skłaniający czytelnika do poszukiwania sensu nie tylko w treści, lecz także na innych poziomach tekstu, świadczy o dążeniu autora do poszukiwania własnych środków wyrazu. Utwór wyróżniły także: krótki, charakterystyczny dla współczesności przekaz i zdawkowy komentarz narratora.


Wszystkim autorom jeszcze raz gratulujemy.